Filozofia jest najogólniejszą dziedziną ludzkiej działalności, a w filozofii (zatem także w ogóle) najogólniejszą dyscypliną jest ontologia, która wytwarza teorie dotyczące tego, co istnieje (jako takie). Ontologia produkuje teorie dotyczące uważanego za najogólniejsze ze wszystkich pojęć – rodzaju najwyższego – pojęcia bytu. Czy byt jest pojęciem? Zostawmy to – ontologia mówiąc o bycie ma na myśli (i na języku) to, co istnieje, rzeczywistość jako taką, opisaną przy pomocy nieredukowalnych kategorii i ich logicznych związków, zwykle samą najogólniejszą strukturę świata (czymkolwiek jest lub może być). Od początku odpowiadamy bowiem na pytanie: co istnieje? – Otóż wydaje mi się, że zacne starożytne pojęcie bytu nie jest wcale najogólniejsze. W tym miejscu przechodzę do teorii przedmiotu.
Byt czy przedmiot? Jak teoria ontologiczna działa
Najogólniejszym pojęciem jakie możemy sobie pomyśleć, jest byt (αὐτὸ τοῦτο lub οὐσία) – ponieważ oznacza wszystko, co istnieje (kolektywnie i dystrybutywnie, każde “coś” oraz – jednocześnie – wszystko na raz). Zdarza się jednak myśleć i mówić o nie-bycie, o tym, czego nie ma (np. praworządność pisowska, uczucia religijne czy Batman), przy czym iluzja, niebyt, negatywny stan rzeczy, etc. – jakoś się nam przedstawiają, a nawet funkcjonują w publicznym dyskursie (gdyż także w naszej świadomości) jako treści, do których się odnosimy. Np. Batman w słabym sensie ontologicznym będzie reprezentacją widoczną na ekranie kinowym, na stronach komiksu, zatem także częścią kultury i świadomości zbiorowej, potem treścią świadomości jednostkowych, ale przecież wiemy, że postać stworzona przez Boba Kane’a i Billa Fingera ma status fikcji, ponieważ “taki” Batman nigdy nie istniał “naprawdę”. Jest więc ten Batman czy nie?
Zrozumiałe, że często sięgamy po to, co F. Nietzsche nazywał “użytecznymi iluzjami” (które mogą mieć nawet moc obowiązującą jak nazwa pusta “nienarodzone dziecko”), jednakże nie taki jest sens i znaczenie αὐτὸ τοῦτο, bytu jako takiego – tego, co jest. Skoro więc tak chętnie odnosimy się do niebytu i bywa on dla nas “czymś”, to potrzebujemy pojęcia szerszego niż byt, które nazywałoby również “coś”, co w rzeczywistości nie istnieje, ale jest “czymś” dla nas “w jakiś sposób”. Takim pojęciem jest pojęcie przedmiotu, które oznacza zarówno byt istniejący jak i niebyt (nieistniejący, ale “jakiś” – jak fatamorgana przeżywana na pustyni, która jest wytworem zmęczonego umysłu, halucynacją, jednakże nadal pozostaje “czymś”, nawet jeśli zdołaliśmy rozproszyć iluzję i wiemy, że jest niczym).

Jeśli słówko “pomyśleć” uznamy za równoznaczne z “przedstawić sobie” – wtedy w każdym naszym dowolnym przedstawieniu będziemy mieli do czynienia z “przedmiotem” jako zawartością przedstawienia. – Więc jeśli w każdej chwili naszej egzystencji spotykamy się z “przedmiotami” i odnosimy się do nich na miliony sposobów, warto mieć jakąś solidną teorię przedmiotu.
“Coś” – teoria przedmiotu na etapie wstępnym. Ontologia na sterydach
Natychmiast wspięliśmy się na najwyższy poziom ogólności. Nie znamy bowiem ogólniejszych wyrażeń niż “coś”, “cokolwiek bądź”, “dowolne X”, itp. Używając tych słów odnosimy się do każdego poszczególnego przedmiotu wedle intencji, lub też mamy na myśli całość, totalność, zespół tych przedmiotów (kolektywnie i dystrybutywnie). Tym “czymś” może być “cokolwiek” (bez żadnych innych warunków), o ile tylko występuje jako treść lub część treści naszych przedstawień. To “dowolne coś” – to właśnie przedmiot. Dlatego termin “przedmiot” filozofowie często nazywają jedynie “słówkiem technicznym”, ponieważ jest ono konieczne dla zaznaczenia odniesienia intencjonalnego, a jednocześnie nic nie mówi o treści i jakości tego odniesienia.
Pragnę zapobiec sytuacji, w której techniczne słówko ontologiczne “przedmiot”, jeśli odnosi się do osoby, wyrządza ujmę na jej godności, bowiem ważniejsze jest to, abyśmy dysponowali terminem, którego możemy użyć dla oznaczenia “każdego X”, czyli tak samo pudełka zapałek, kwantu, gwiazdy, mrówki i osoby ludzkiej.
Propedeutyka filozofii na tym wstępnym etapie musi uczynić jeszcze jedną uwagę: przedmiotem jest dowolne “coś”, co się nam przedstawia. Czy za przedmiot uznamy Papieża Franciszka, czy zapałkę, czy np. “przyjemne uczucie w kciuku mojej lewej ręki”, itd. – jest to absolutnie poprawnie powiedziane, ponieważ kwalifikacje etyczne, które stosujemy do osób, nie grają żadnej roli w ogólnej ontologii.
Przedmiot i byt – teoria przedmiotu przekracza ontologię bytu?
Są dobre powody, by nie określać terminu “przedmiot” jako “jedynie technicznego”. Biorę przypadek skrajny (ale też najbardziej oczywisty) i nazywam przedmiotem byt, czyli to, co istnieje (wcale nie określając przy tym nawet sposobu istnienia takiego przedmiotu). Lecz w języku istnieją również nazwy puste, które nie mają przedmiotu lub ich przedmiotami odniesienia są fantazje, zmyślenia, urojenia, coś, co nie istnieje.
Większość autorów zachowuje użyteczność terminu przedmiot, by “być w jakimś kontakcie” również z tym, o czego nieistnieniu jesteśmy przekonani: np. Hermes jest przedmiotem funkcjonującym niegdyś w kulturze, ponieważ ludzie rozmawiali ze sobą o Hermesie, zatem był on dla nich “rzeczywisty”, jednakże wiemy, że Hermes nie istnieje w takim sam sposób jak klawiatura, w którą teraz stukam, może być co najwyżej znakiem symbolicznym, postacią literacką lub przedmiotem czyjegoś wierzenia, który w jakiś sposób pojawia się w jego świadomości (nigdy nie spełniając sensu realności).
Właśnie dlatego, że termin “przedmiot” (inaczej niż “byt”, który zawsze nazywa to, co istnieje), może być tak bardzo przydatny jako nawet szerszy niż “byt”, gdyż przedmiotami będziemy nazywali także treści przedstawień, które nie mają swoich odpowiedników w rzeczywistości (np. “rewolucja moralna” niegdyś zaproponowana przez przestępców z PiS nie istnieje, bo zmiany w moralności zawsze odbywają się powoli i stopniowo, jednakże możemy przyjąć tę “rewolucję” jako element dyskursu (np. politycznego)) – wtedy należy wskazać, że zaczynamy mówić o czymś, co nie istnieje.
To właśnie wydaje się największą zaletą teorii przedmiotu, która dla “każdego coś” dopuszcza także różnego rodzaju nicości i niebyty (nierzeczywistości), które także mogą być nazywane przedmiotami, chociaż nie nazwiemy ich bytem (odmówimy im istnienia). Teoria przedmiotu w tym aspekcie jest więc szersza niż teoria bytu. (Jakkolwiek w silnym sensie istnienia “niebytów” nigdy nie było, nie ma i nie będzie – ujawnia się jedynie jakaś ludzka skłonność do mówienia o “niepokalanym poczęciu” biblijnej Marii lub narratywizacji w dyskursach postaci “Myszki Miki”, albo tworzenia reprezentacji wizualnych “rozstąpienia się Morza Czerwonego”, etc).
Przedstawienie jako moment zapośredniczenia konieczny w dyskursie o teorii przedmiotu
Dlaczego tak określone pojęcie przedmiotu z zaletą odniesienia się do nieistniejącego realnie, ale funkcjonującego w dyskursie niebytu (pozoru bytu, który zawsze może zostać rozproszony) jest użyteczne – to oczywiste. Nie moglibyśmy prowadzić naszych gier językowych i społecznych bez obywania się bez pozoru, “pięknego” lub “użytecznego” pozoru. Ale dlaczego tak jest? Fundamentalnie: ponieważ każdy podmiot poznający “coś” sobie przedstawia w każdej chwili, przy czym akcydentalizm świadomości, pobudzenie lub bodziec, stan oniryczny, substancja chemiczna, etc. mogą powodować przedstawienia obiektów (“przedmiotów”) nieistniejących. Im również nadajemy nazwy, np. hasło wyborcze pisu “Polska w ruinie”, które zastało Polskę w dobrej kondycji, lecz porwało tłumy i wykazało swoją pragmatyczną skuteczność dając tej partii władzę. Samej przedstawieniowości jako funkcji świadomości nie da się zakwestionować, ponieważ zawsze każdy coś ma na myśli. To warunek samoświadomości podmiotu i istnienia świata dla nas.
Przedstawienie jako akt psychiczny jest czymś, co istnieje realnie. Przedmiot przedstawienia (to, co zostaje przedstawione, np. wrażenie bólowe, które może być fantomowe) już niekoniecznie. Podmioty poznające przedstawiają sobie przedmioty. Dla uproszczenia przyjmijmy, że samoświadomość podmiotu jest przynajmniej dla samoświadomego podmiotu wystarczającą (absolutną?) gwarancją jego istnienia. Przedmioty natomiast posiadają różne statusy ontologiczne, np. zdarzenie wyrażane zdaniem “Pada deszcz” (gdy deszcz faktycznie pada) odróżnimy od radosnego stanu psychicznego wywołanego przez to zdarzenie, a oba te konkrety z kolei będą różnić się od linii geometrycznej jako abstraktu, etc. Zatem: przedstawienie (przedstawieniowość) po prostu zachodzą, a przedmiot skorelowany z przedstawieniem może być dowolny. – Oczywiście wybór ontologii dokonuje się na podstawie przesłanek wyłącznie estetycznych (które mogą mieć swoje korzenie historyczne (np. autobiograficzne), naturalne, społeczne, etc).
Przedmioty w przedstawieniu pojawiają się jako wolicjonalne, konkretne, abstrakcyjne, o treści etycznej, etc. Każde “coś”. Jak wiemy pytanie o byt, to, co istnieje, pozostaje otwarte – wydaje się, że poza klasyfikację przedstawień i ich przedmiotów nie sposób wyjść. Być może drogowskazem może być tu tylko to, co niektórzy filozofowie starszej daty nazywają niekiedy “intuicją rzeczywistości”. Dowód? W społeczeństwie toczy się odwieczny spór o najlepszą koncepcję życia szczęśliwego.
Filozofia i przedmioty. Ład ontologiczny
W ontologii teoria przedmiotu, gdzie “przedmiot” zastępuje najwyższą kategorię bytu, ma więc tę przewagę nad ujęciem klasycznym, że pozwala nam może nie tyle uprawomocnić niebyt (wraz ze wszystkimi wariacjami tego określenia), lecz zachować przestrzeń dla dobrej zabawy, gdy znów zechcemy rozważyć mądrość niezastąpionego Gandalfa z Władcy Pierścieni lub dla wątpliwej przyjemności oddać się chorej perwersji rozmowy z pisiolem. – Ostatecznie – jeśli trzeba działać – nie można wariować, a wymogiem życia jest możliwość wszechstronnego odniesienia do świata, także tego fikcyjnego, stąd – przynajmniej dyskursywnie – poczciwe pojęcia bytu i niebytu są nam niezbędne. Gdy dodajemy do bytu niebyt – nie uzyskujemy niczego więcej; to jak dodanie zera do sumy całkowitej. Nikt jednak nie powie, że chcielibyśmy nagle zrezygnować z fantazji (choć z fałszywych przekonań, pod rygorem utraty racjonalności, musimy krytycznie rezygnować). Otóż zaproponowane w tej rozprawce pojęcie przedmiotu jest szersze (i, jak sądzę, bardziej użyteczne) od pojęcia bytu, ponieważ pozwala nam na zachowanie wielu gier społecznych (językowych), np. żarty, modlitwy czy rozmowy o najpiękniejszej kobiecie świata, która przecież nie istnieje (bo takich kobiet jest wiele).
Konkludując: byt = byt + niebyt. Byt + niebyt = „przedmiot”. – Jakże próżne moje rozważania, skoro istnieje wszystko, co jest… (Jednakże te zaawansowane zabawy cudzysłowem – to już próżne nie jest. Poezja i filozofia znaczeniowo nie różnią się, a sens (Frege) jest dla naszego personalnego wyboru estetycznego, jak każda ontologia (Quine)).
Maciej Skomorowski
aktualizacja:
mgr filozofii Tomasz Wojtaś. Odpowiedź
Kilka dni po napisaniu „Teorii przedmiotu” wysłałem tekst do mojego przyjaciela Tomasza Wojtasia, który jest filozofem z UMCS; Tomek odpowiedział prawie natychmiast. Jego odpowiedź publikuję poniżej, ponieważ znacznie rozwija filozoficzną debatę ontologiczną.
Mój drogi, stary przyjaciel Tomasz Wojtaś zachowuje sokratejski porządek dyskusji i – jak sądzę – ma na myśli następujące sprawy:
- Wyraża realizm pojęciowy poprzez przypisanie istnienia (bytu) pojęciom;
- Wyraża swoisty idealizm poszerzając dziedzinę istnienia o byty nie posiadające kwalifikacji czasowych i przestrzennych;
- Manifestuje poparcie dla fenomenologii wczesnego Husserla zakładając, że filozofię (myślenie) można uprawiać bezzałożeniowo (np. jako ogląd ejdetyczny fenomenów).
Na tym poprzestanę. Dodam jedynie, że moja i Tomka korespondencja filozoficzna trwa już niemalże od trzech dekad. – Dziękuję Tomkowi za rzetelność jego interpretacji, która spełnia główny cel filozoficzny: pozostawanie w życzliwej dyskusji.
Tomasz Wojtaś jest także autorem następujących książek i przekładów:
a jego stanowiskiem filozoficznym, do którego przyznawał się najchętniej, gdy spotykaliśmy się w Lublinie, jest monadyzm biologiczny Witkacego, o którym pisał na łamach Ruchu Filozoficznego w czasie swojego przewodu doktorskiego:
A oto znaczący komentarz Tomasza Wojtasia do mojej „Teorii przedmiotu”:
Pozwoliłem sobie podążyć za Twoim tekstem i notować na gorąco swoje refleksje, nie wiedząc nawet, dokąd mnie Twój tekst zaprowadzi. Będę cytować Twoje wypowiedzi, do których będę musiał się odnieść. Sprawiłeś mi wielką radość, bo przypomniała mi się nasza filozoficzna korespondencja, którą prowadziliśmy parę lat temu. Może to będzie okazja, żeby do niej powrócić?
W każdym razie:
Od początku odpowiadamy bowiem na pytanie: co istnieje? – Ale właśnie, czym jest istnienie? Co to znaczy istnieć? Dostrzegamy tu logiczne zapętlenie dwóch pojęć: bytu i istnienia, które być może już u samego fundamentu ontologii zawierają błędne koło. Nie możemy zdefiniować bytu bez istnienia, a istnienia bez bytu. Od dłuższego czasu zastanawiam się nad tym, czy nie powinniśmy odrzucić pewnych pojęć, które przestają już cokolwiek znaczyć, bo tyle razy były już przedefiniowane, że trudno się połapać, co współcześnie powinny znaczyć.
Zdarza się jednak myśleć i mówić o nie-bycie, o tym, czego nie ma – a no właśnie, właśnie: zapominamy, że mówimy o pojęciach, a nie o bytach. I kolejny problem: czy pojęcia istnieją, czy nie istnieją? Skoro rozmawiamy o nich, to muszą istnieć… Czy Batman istnieje? Oczywiście, że istnieje. Zapewne w inny sposób niż stół, na który patrzę, ale bez wątpienia istnieje. W Twoim tekście jest wyraźne pewne założenie: istnieje to, co istnieje czaso-przestrzennie (nie wiem, co myślisz w takim razie o pojęciach).
Ale nie popadajmy w błąd materialistycznego obiektywizmu, czyli założenia, że tak naprawdę istnieje wyłącznie to, co istnieje niezależnie od naszej podmiotowości w (założonym) świecie czaso-przestrzennym.
Moim zdaniem, istnieć to objawiać się w naszym umyśle. Wolę, żeby nie popadać w błąd
materializmu, mówić, że byt to fenomen. Pojęcie bytu, używane samo w sobie, może imputować pewne (nie zawsze) poprawne konsekwencje ontologiczne czy też metafizyczne (np. ktoś może mówić, że stół, na który patrzę, istnieje, ale pojęcie dobra w moim umyśle już nie – ale zarówno oba „byty” w podobny sposób objawiają się w moim umyśle). Tak jak nie ma bytu bez istnienia, tak nie ma ontologii bez epistemologii. Stół jest konstruktem mojego umysłu – dla kornika stół jest zupełnie czym innym niż dla mnie.
Myślę, że tak naprawdę nie można mówić o nie-bycie, nicości. Możemy mówić o pojęciach nie-bytu i nicości, bo nie-byt i nicość jako takie po prostu nie istnieją.
przecież wiemy, że postać stworzona przez Boba Kane’a i Billa Fingera ma status fikcji, ponieważ “taki” Batman nigdy nie istniał “naprawdę”. Jest więc ten Batman czy nie? – Ależ w tym właśnie cały urok: fikcja istnieje! Jest takim samym aspektem rzeczywistości, jak ten piękny motyl, który przed chwilą przeleciał. Oczywiście, że Batman istnieje, bo rzeczywistością jest to wszystko, co nam się objawia. Wielkim (i nudnym) błędem jest mówić, że istnieje wyłącznie to, co jest czaso-przestrzenne. Rzeczywistość to cegiełki, z których zbudowany jest nasz umysł – pogmatwany świat barw, jakości, odczuć itp. A to wszystko istnieje….
Takim pojęciem jest pojęcie przedmiotu, które oznacza zarówno byt istniejący jak i niebyt
(nieistniejący), ale “jakiś” – hmmm, mówić o czymś, to jednocześnie coś definiować, a definiować to przywoływać pewne jakości, z których „utkany” jest dany byt. Możemy mówić wyłącznie o pojęciu niebytu, o niebycie samym w sobie nie możemy mówić, bo coś, co nie istnieje nie może posiadać jakości.
Tym “czymś” może być “cokolwiek” (bez żadnych innych warunków), o ile tylko występuje jako treść lub część treści naszych przedstawień. To “dowolne coś” – to właśnie przedmiot – właśnie dobrze tutaj piszesz. Tylko czy masz świadomość, że przedmiotem jest zarówno stół jak Batman? A przedmiotem jest pojęcie (również genetycznie pochodzące z jakości)?
przedmiotami odniesienia są fantazje, zmyślenia, urojenia, coś, co nie istnieje – ale jeżeli coś nam się jawi w umyśle, to już istnieje. Inna kwestia – i stąd też problemy, które stwarzają nieświadomi filozofowie – co my z tym, co nam się objawia, zrobimy. Dlatego tak naprawdę zakłada się istnienie w sposób materialistyczno-obiektywistyczny, żeby móc powiedzieć: „nie umrę dla czyjejś fantazji, bo ta nie istnieje”. Ale dana fantazja istnieje, a co my z nią zrobimy to już inna sprawa.
Hermes nie istnieje w takim sam sposób jak klawiatura, w którą teraz stukam – czyli jak istnieje? Zarówno Hermes jak i klawiatura jawią się – jako zespół jakości – w umyśle. Klawiatura jest tak naprawdę konstruktem umysłu – dla kornika rzecz, którą my nazywamy klawiaturą, jest czymś zupełnie innym niż dla nas. Klawiatura jako taka nie istnieje – to zespół jakości zespolony z naszymi intencjami. Dlatego Hermes istnieje w zasadzie tak samo jak klawiatura – jest zespołem jakości w naszym umyśle, zespolonym z naszymi intencjami i wolą.
może być co najwyżej znakiem symbolicznym, postacią literacką lub przedmiotem czyjegoś wierzenia, który w jakiś sposób pojawia się w jego świadomości (nigdy nie spełniając sensu realności) – i właśnie czym jest ta „realność”? Znowu odzywa się założenie: realność to zespół bytów czaso-przestrzennych? To tylko kwestia pojęcia i założenia. A może realność powinna być tym (mówiąc po Kantowsku), co kryje się poza fenomenem? Pojęcie realności może zawierać w sobie błędne koło. Co istnieje naprawdę? To, co istnieje niezależnie od naszego umysłu, czaso-przestrzennie? Ale przecież my tylko umawiamy się, że istnieje tylko to, co istnieje czaso-przestrzennie. Jak udowodnić, że nie istnieje coś nie-czaso-przestrzennego? Bo istnieje tylko to, co czaso-przestrzenne? Toż to błędne koło. To tylko kwestia nazewnictwa, naszej umowy. Dlatego nie lubię trochę słowa „realność” (zresztą jak słowa „byt” i „rzeczywistość”) bo to tylko worek, w który można wrzucić pojęciowo wszystko, co tylko się chce.
przedmiotami będziemy nazywali także treści przedstawień, które nie mają swoich odpowiedników w rzeczywistości – a cóż to jest rzeczywistość? Znowu odzywają się założenia. Filozofia, która ma zbyt dużo założeń, staje się pewną formą mitologii. To, jak będziemy rozumieć rzeczywistość, zależy tak naprawdę od naszych założeń. Może czas odrzucić te stare, zużyte pojęciowe worki? Już od bardzo dawna filozofia staje się jałową kłótnią o nazwy. Ja nazywam rzeczywistość przez to, a ja przez to… Ale to tylko nazwa!
różnego rodzaju nicości i niebyty (nierzeczywistości), które także mogą być nazywane przedmiotami – hmmm, przedmiotem może być tylko treść w umyśle, a z samej definicji nie-bytu nie ma i więc nie może być treścią w umyśle (bo nie ma jako nie-byt jakości). Przedmiotem może być pojęcie nie-bytu. Myślę, że powinieneś to przemyśleć.
Przedstawienie jako akt psychiczny jest czymś, co istnieje realnie – i tutaj sam popadasz w sprzeczność (chociaż jak najbardziej zaczynasz iść w dobrym kierunku): z dotychczasowego Twojego wywodu może wynikać, że to, co realne, jest tym, co tak naprawdę jest czaso-przestrzenne. Ale przedstawienie w takim rozumieniu nie może być realne, bo nie jest przestrzenne. Osobiście uważam, że pojęcia realności i rzeczywistości szkodzą filozofii. Bo co to jest realność? Uważam, że to również trzeba przemyśleć.
Przedmiot przedstawienia (to, co zostaje przedstawione, np. wrażenie bólowe, które może być fantomowe) już niekoniecznie [istnieje realnie] – i znowu problem: Co tak naprawdę rozumiesz przez „istnienie realne”? Ból fantomowy istnieje dla podmiotu (nie znamy tak naprawdę jego źródła, ale jest faktem dla świadomości). Ma inne źródło niż „zwyczajny” ból, ale jest faktem, więc istnieje.
Otóż zaproponowane w tej rozprawce pojęcie przedmiotu jest szersze (i, jak sądzę, bardziej użyteczne) od pojęcia bytu, ponieważ pozwala nam na zachowanie wielu gier społecznych (językowych), np. żarty, modlitwy czy rozmowy o najpiękniejszej kobiecie świata, która przecież nie istnieje (bo takich kobiet jest wiele) – uważam, że w tym, co piszesz, tkwi poważny błąd, ponieważ nie uświadamiasz sobie pojęcia jako bytu. Najpiękniejsza kobieta świata nie istnieje (chociaż psychologia wraz socjologią mogłyby nad tym popracować), ale pojęcie najpiękniejszej kobiety świata już jak najbardziej istnieje. To, co nam się jawi w umyśle, jest w różny sposób przez ten umysł „przetrawione” – wspomniana klawiatura (jako konstrukt) jest podobnym wytworem umysłu jak pojęcie najpiękniejszej kobiety świata.
Myślę, że należy na poważnie do tego usiąść. Jak sam widzisz, dużo w naszym filozofowaniu założeń, które prowadzą lub zawierają w sobie błędne koło. Rzeczywistość, realność, byt – to tylko nazwy, worki na treść. Chyba trzeba zostawić te stare pojęcia, bo narzucają nam one stare, nieprowadzące do niczego koleiny myślenia. Spróbujmy w nieco inny sposób wgryźć się w rzeczywistości, czyli w to wszystko, co nam się jawi w umyśle.
.


Zostaw odpowiedź