Poezja amerykańska w Polsce jest zjawiskiem znaczącym, kształtującym, dla mnie osobistym i zakotwiczonym w najnowszej historii naszej literatury. Prezentuję tu moje przekłady z poetów amerykańskich.
Jestem poetą, który wychował się i nauczył pisać korzystając z dwóch głównych źródeł: polskiej poezji połowy lat 90. (z takimi nazwiskami jak A. Wiedemann, K. Maliszewski, G. Wróblewski, Z. Dmitroca, P. Śliwka i wielu innych, z którymi to moimi mistrzami utrzymuję dziś relacje osobiste, co stanowi dla mnie zaszczyt jako ich ucznia i kontynuatora) oraz poezji amerykańskiej, w szczególności Szkoły Nowojorskiej (J. Ashbery, F. O’Hara, A. Kleinzahler, J. Schuyler), który to styl miał przemożny wpływ na polskich poetów tamtych czasów zwących samych siebie “Barbarzyńcami” (dziś to Szanowni Panowie po 60 roku życia). Moje zainteresowanie poezją amerykańską drugiej połowy XX wieku jest więc jak coś osobistego, coś, co noszę, co przechowuję, na czym wzoruję się nadal – ma to także wydźwięk osobisty, środowiskowy, historyczny dla najnowszej poezji polskiej.
Przekład poetycki. Kilka słów o konieczności zaprzestania poszukiwań dokładnego wyrazu na przykładzie poezji amerykańskiej
Przekładu z języka angielskiego uczyłem się przez 5 lat w Instytucie Filozofii i Socjologii UW na translatoriach, gdzie miałem do czynienia z angielszczyzną czystą i przejrzystą, dziełami anglosaskich filozofów analitycznych, których przecież głównym zainteresowaniem jest język i jego mechanizmy, a także dbałość o klarowność wyrazu. Jak ma się to do przekładania poezji?
Czy pewne wariacje, odchylenia, zaciemnienia, cała uniwersalna polisemia i metaforyka językowi przydana naturalnie dają się przenieść z jednego języka (który od razu jest całą kulturą, całym stylem życia, tradycją, żywiołem suwerennym, odrębnym od każdego innego języka oknem na świat) na drugi, np. polski, który dziedziczy tak samo jak ten pierwszy wszystko: od fonemu do językowego obrazu świata – co jest wyznaczone historycznie? Otóż sądzę, że takiego przeniesienia, podstawienia kultury (języka) za jej odpowiednik będący także obrazem całościowym, ale zakotwiczonym regionalnie – nie sposób dokonać. Tłumaczenie 1:1 jest niemożliwe. Tak samo w porównywaniu kultur i tradycji językowych, jak i w relacjach między jednostkami nawet z tej samej kultury.
Po pierwsze: przekład zatem zawsze jest twórczością, niekiedy nawet bardziej zaawansowaną niż oryginał, który staramy się oddać zachowując możliwie dokładnie wszystkie nici tamtego sukna, jednocześnie szyjąc tak, aby gotowe odzienie przypasować do siebie. Po drugie: w tłumaczeniu poetyckim (inaczej niż filozoficznym czy prawnym) przeważającą rolą grają czynniki, których nie sposób skodyfikować, a które sprowadzają się nie tyle do “techniki przekładu”, ale raczej do tego, co Dilthey nazywał “kunsztem”, czyli pewnym niewymiernym talentem, zdolnością do rozumienia odległego stylu życia i myślenia.
Po trzecie: ponieważ zajmuję się także amerykanistyką oraz naprawdę przyswoiłem sobie amerykański idiom, który brzmi również w moich wierszach pisanych po polsku – zatem mamy do czynienia z sytuacją, gdy twórca stara się wysłowić innego twórcę, ale przecież już “przyswojonego”, a nawet naśladowanego – nie zamierzam być w moich tłumaczeniach poezji amerykańskiej “poprawny”, lecz raczej generatywny; przystosować Amerykanów nad Wisłą tak, aby mieli swój głos, jakby Warszawa i Nowy Jork stanowiły fragmenty tego samego świata, tej samej ludzkości, która tylko potrafi rozmawiać, zagaduje się na śmierć, co przecież zachodzi faktycznie i wynikają z tego same dobre rzeczy…
Niech więc przemówią po polsku Amerykanie w swoim intelektualizmie, konkretyzmie, bezpośredniości, skromności dobrych mocarzy, którzy wiedzą o swojej odpowiedzialności i nadal mówią take it easy, pamiętając o swoim dziedzictwie, którym jest zapożyczony cały świat. Poezja amerykańska brzmi bardzo silnie w wykonaniu tych autorów.
William Stafford, A Ritual To Read To Each Other
Rytuał do wzajemnego czytania
Jeżeli nie wiesz kim jestem ja
a ja nie wiem kim jesteś ty
nie nasz wzorzec może zapanować nad światem
a idąc za niewłaściwym bogiem do domu tracimy naszą gwiazdę.
Ponieważ wiele drobnych zdrad jest w naszych umysłach
wzruszenie, które załamuje kruchą serię
śle krzykiem potworne błędy dzieciństwa
wybiega w gry rozsadzające nieszczelne wały ochronne.
I tak jak słonie paradują trzymając się za słoniowe ogonki –
jeżeli ktoś myśli że cyrk tutaj nie zaparkuje –
nazwę to żałosnym a może nawet istotą żałosności
jakby wiedzieć co się dzieje, a nie rozpoznawać faktów.
A więc odwołuję się do głosu, do czegoś cienistego,
odległego i znaczącego miejsca w każdym kto mówi:
chociaż możemy siebie oszukiwać, powinniśmy się zastanowić –
na wypadek gdyby ta parada naszego pospólnego życia miała przepaść.
Ponieważ ważne jest, że obudzeni ludzie nie śpią,
albo to, że załamanie linii może ich zniechęcić do ponownego zaśnięcia;
sygnały, które wysyłamy – tak lub nie, być może –
powinny być jasne: głęboka jest ciemność wokół nas.
To oryginał językowy – Amerykanie czytają się między sobą:
Allen Ginsberg, When The Light Appears
Kiedy ujrzysz światło
Będziesz świecił swymi kośćmi będziesz rósł i modlił się będziesz wiedział
Kiedy ujrzysz światło, chłopcze, kiedy ujrzysz światło
Będziesz śpiewał & będziesz kochał będziesz sławić błękit niebios
Kiedy ujrzysz światło, chłopcze, kiedy ujrzysz światło
Będziesz biadał & płakał będziesz rozchorujesz się i będziesz wzdychał
Będziesz spał & będziesz śnił będziesz wiedział tylko to co chcesz
Kiedy ujrzysz światło, chłopcze, kiedy ujrzysz światło
Przychodził & odchodził będziesz, będziesz błądził tu i tam
W rozpaczy zapukasz do drzwi domu zastanowisz się dlaczego
Zostaniesz jąkałą & kłamcą będziesz zadawać pytania
I zakaszlesz wydmiesz wargi wygniesz palec artretycznie
Skoczysz wreszcie i zakrzykniesz błaznem wśród przyjaciół będziesz
Będziesz wrzeszczeć i zaprzeczać & obwieszczać że nie płaczesz
I potoczysz się jak skała i pokażesz swego fiuta
Będziesz kochał się i smucił & któregoś dnia uwierzysz
Jakbyś gwizdnął i się zaśmiał bo pan cennym cię uczynił
Z kazalnicy swojej dumy będziesz uczył i szybował
Pełzał czołgał się przed scenę jak rzeka w przypływie
A twoje przyjście będzie tak samo szybkie jak powolne i nie dowiesz się
Kiedy ujrzysz światło, chłopcze, kiedy ujrzysz światło
Tu najdroższego poetę świata można przeczytać w oryginale:
Lawrence Joseph, Some Sort of Chronicler I Am
Jestem jakimś kronikarzem
Jestem jakimś kronikarzem, mieszając
percepcje emocjonalne i dygresje,
cholerę, melancholię, sangwiniczny punkt widzenia.
Patrząc przejrzystym okiem, potrzeba, czasami,
aby widzieć wszystko jednocześnie
– dziwna potrzeba konfrontowania się ze wszystkimi
z równym szacunkiem. Jakkolwiek obywatel
w przejściu na trzeciej
stacji metra nie docenia mojego szacunku.
Popatrz mu w oczy – wytrzeszczone
od zastrzyków z esencją wytrzeszczu;
posłuchaj jego niemalże piskliwego głosu.
Jego obwieszczenie: jest ofiarą nabytego
syndromu niewydolności odpornościowej. Swoje uzależnienie
nabył podczas wojny indyjsko-chińskiej.
Sklasyfikowany przez Ministerstwo Pracy jako „klasa niższa”
– no dobra, jest podrzędny: nie masz klasy
jeżeli jesteś przewlekle chory i biedny.
Nazwany „błogosławionym” przez jednego z naszych Parnasistów
znanego z egoistycznych sublimacji
– błogosławiony, doprawdy; bez wątpienia błogosławiony.
Jego rany otwarte tu, na powierzchni:
można by powiedzieć, że wykrzykuje swoje stygmaty.
Wiem – wolelibyście, żebym zmienił temat
(Wiem jak zmienić temat).
Klimat Parku Battery zmienia
mgły, w których dwójka dzieci bawi się i drapie
jak para kociaków pod zielonymi
warstwami światła przykrywającymi ich zupełnie,
i narasta poczucie udręczonej pełni
beze mnie, piękna wszytego w uwagę
beze mnie, piękno zawsze obecne w
zdarzeniu nagłego przemieszczenia
jej firanki wzdłuż ściany, wspaniałe dźwięki
jej bluzkę porywające w strzępy wbrew jej skórze
– robotnicy, zaopatrzone składy, limuzyny
z przesłoniętymi oknami, okna z żelaznymi kratami,
nogi w koronkach, ktoś pozbawiony nóg,
stopione w metaetycznej wyobraźni,
której wszyscy jesteśmy częścią, nieważne jak osobiście
myślimy o sobie. Czy ktokolwiek rozważył,
że podczas recesji w 1921
Carlos Williams czuł ból fizyczny,
ślubując wytrwać najzwięźlejszy
wyraz spostrzeżeń i żarliwości
– ruch wewnętrzny, falujący, cielesny –
odkryty w mowie jaką wokół siebie słyszał
(przyspieszenie emocji w wyobrażoną
formę jako rzeczywistość sama w sobie).
Wallace Stevens – pamiętaj o jego dziele
obarczonym wysokim ryzykiem – świadomie wybrał,
kiedy zamykano banki na początku roku ’33,
zawiesić swój smutek pomiędzy płaszczyznami społecznymi,
które transponował w myśli, figury, kolory
– chyba nie myślisz, że widział kobietę poniżej
złotych chmur torturowaną ubóstwem,
strach zbyt nagi dla kształtu jej własnego cienia?
W 1944, pewien Alzatczyk, który komponował
wiersze we francuskim i niemieckim, wygnany
przez strach śmierci w państwie zamienionym w obóz –
jego struktura oka, zdefiniowana prawnie jako „Żydowska” –
wyczuwasz o co chodzi. Chorujący na leukemię,
Ivan Goll nadał nazwę Lackawanna
Manahatta naszej metropolii – Manahatta
zamknięta w dniach rodzącego się Wielkiego Sądu, śpiewał,
Lackawanna ciężarnych nocy i siarczanej
śmiertelności bażanta dziurawionej światłem
zalegającym drzemką w szoku jasnych włosów
w połowie składających się z telefonów, w połowie z łez.
Naprawdę poważne zmiany światła – wiem.
Nieśmiała łupina nowego księżyca i odległy Mars
błyszczą wskroś Lackawanna Manahatta.
We wczesnych latach osiemdziesiątych
kilka liści ze starego drzewa ginkgo
zatoczyło się wokół przygaszonej czerwieni w pozłocie powietrza
na zewnątrz szykownego bistro, gdzie człowiek
z medalami noszonymi na garniturze spod igły
strofował znacznie młodszą kobietę .
„Od teraz, najdroższa”, powiedział z przekonaniem,
„od teraz każdy człowiek jest dla siebie”.
A oto i Lawrence Joseph w jego ojczystym języku:
Bob Dylan, Highlands (fragment)
Wyżyny
[…]
jestem we Wrocławiu
w jakiejś restauracji
zupełnie nie wiem
na co mam ochotę
może jednak wiem ale
po prostu nie mam pewności
podchodzi kelnerka
na sali nikogo poza nią i mną
to chyba wakacje
wszyscy wyjechali
przygląda mi się bliżej
kiedy siedzę
ma ładną twarz
i długie lśniące nogi
mówię: powiedz czego chcę
a ona: pewnie masz ochotę na jajecznicę
mówię: zgadza się
przynieś mi
a ona: nie mamy jajek
zjawiłeś się nie w porę
a potem mówi: wiem że jesteś artystą
narysuj mnie
mówię: gdybym tylko mógł
ale nie rysuję z pamięci
ona krzyczy: jestem tutaj
dokładnie przed tobą
gdzie patrzysz do cholery!
mówię: w porządku, dobrze ale
nie zabrałem swojego notesu
podtyka mi serwetkę
mówi: rysuj na tym
mówię: tak, teraz mogę
ale nie wiem czy znajdę ołówek
wyciąga ołówek
zza ucha
mówi: dobra, zaczynaj
rysuj mnie, tutaj jestem
postawiłem kilka kresek
i pokazałem jej
ona zmięła serwetkę i wyrzuciła ją
mówiąc: to coś nie wygląda jak ja
powiedziałem: jak wielką damą musisz być
bo zaiste jesteś wielką damą
ona mówi: ty chyba żartujesz
ja mówię: bardzo bym chciał
ona mówi: nie czytasz innych artystów, prawda?
ostatnie co spodziewałem się usłyszeć
mówię: skąd wiesz?
i jakie to ma znaczenie
ona mówi: nie wydajesz się tym kim jesteś
mówię jej: jesteś w błędzie
ona mówi: to kogo czytasz?
mówię: Andrzeja Żuławskiego
mówi: czekaj, za chwilę wracam
a ja wyślizguję się z krzesła
wychodzę na zewnątrz na tłoczną ulicę
ale nikt nigdzie nie idzie
Oto pełna, genialna piosenka Highlands Dylana:
Przekłady z poetów amerykańskich. Uwaga o znaczeniu poezji amerykańskiej dla poezji polskiej u mnie
No więc poezja amerykańska przenikała się i przenika z poezją polską w jej najlepszych wydaniach, a dziś najlepiej świadczy o tym chyba postać Jerzego Jarniewicza, laureata Nike, który obecnie stanowi najsilniejszy łącznik między poetami biało-czerownymi i tymi, którzy w swojej fladze mają oprócz tych kolorów także błękit z gwiazdami.
Amerykańska dykcja, styl – bezpretensjonalny, a jednocześnie głęboko intelektualny i zawsze operujący zmysłowym konkretem – swego czasu były uważane za odtrutkę na “pomnikowość” Herberta, Miłosza. Dziś spór nie jest już znaczący. “Barbarzyńcy” polscy z lat 90. zdołali dzięki swoim amerykańskim przyjaciołom zmienić (rozluźnić) słowo polskich mistrzów, zostawiając ślad widoczny do dziś. Jednakże ci sami polscy poeci, którzy wtedy rewolucyjnie obalali pomniki, dziś z pewnością powrócili do np. miłoszowskich inspiracji. Minęła pewna burza. To, co przetrwało: przyjaźń między poetami polskimi i amerykańskimi i wzajemne ich zapożyczenia. Dystans czasowy nakazuje dziś mówić – a jest to paradoks podwójny i odwrócony – że całości wymiany transatlantyckiej patronuje Czesław Miłosz, jakby nie było wykładowca literatury słowiańskiej w Berkeley University, niegdyś namówiony przez Allena Ginsberga na kilka jointów…
Maciej Skomorowski


Zostaw odpowiedź