Michał Domagalski, “Koniec jest zawsze bliski” [recenzja]. Marzenie szeregowego kustosza dyskursu o artyzmie i wiedzy

OPUBLIKOWANO PRZEZ

W DNIU

domagalski-koniec

„Koniec jest zawsze bliski” , Michał Domagalski – recenzując tę książkę miałem wrażenie pławienia się w kulturze za niespłacony kredyt.

Wchodzę w pełny kontakt zmysłowy z książką Michała Domagalskiego “Koniec jest zawsze bliski. Work in progress”. Jest ładnie wydana. Na okładce przedniej minimalistyczny op-art. Na okładce tylnej prof. Łuszczykiewicz pisze, że to “dzieło otwarte” (za chwilę powiem dlaczego raczej niedomknięte). Czerń i biel pozycji, wszystko wygląda elegancko. Czytam następnie na wyrywki kilka pierwszych fragmentów i pojawia się przekonanie, że Domagalski uprawia intelektualizm, ponieważ po przekartkowaniu mam w pamięci wyróżnione kursywą tytuły wielkich dzieł kultury literackiej, które także znam. Niezwykle obiecująca zapowiedź, więc przechodzę do lektury, żeby poczuć się jak w domu.

I błyskawicznie widzę Domagalskiego roszczenia filozoficzne. Człowiek i Ludzkość to przedmioty jego refleksji. Cieszę się tym bardziej, gdyż wyznaję radykalny humanizm. Dostrzegam także szybko, że cudze książki są punktem wyjścia autora. Duch erudycji. Domagalski jest bowiem silnie zanurzony w literaturze, począwszy od Homera, choć najchętniej pasożytuje na science-fiction (umówmy się, że Homer także miał wyobraźnię kosmiczną…). Z tekstów drugich konstruuje swoje widzenie świata, tak się domyślam – przemieszcza się w przestrzeni kulturowej, niejako ze swadą. Widać ambicje. Intencja wyraźna (choć niekoniecznie wyrażona) tej książki jest filozoficzna. Wtapiam się więc w lekturę z przyjemnością dyplomowanego filozofa i literata, który odtąd będzie krytycznie badał jakość owej filozofii Domagalskiego. Tu zaczyna się strategia mojej lektury (po wstępnym rekonesansie) – tu zaczyna się krytyka.

Refleksji (potem odrzucę to sformułowanie) Domagalskiego służą dobrze cudze książki. Jak dobrze służą? Widzę: ta “refleksja” pozostaje po trochu literacko-werbalna, tzn. nie prowadzi do nietrywialnych wniosków filozoficznych, jest raczej rodzajem pławienia się w kulturze, być może jej celebracji, lecz nie przekracza progu wniesienia do kultury wartości oryginalnej, jakkolwiek znakomicie posługuje się znanymi artefaktami kulturowymi. Domagalski jest dobry w towarzyszeniu twórcom większym niż on, którym dotrzymuje kroku, może jest nawet uznawany, lecz raczej nie dostarcza nowych myśli, raczej odtwarza (lecz odtwarza ciekawie, co zasługuje już na szacunek). Zatem glosy? Komentarze? Przyjdzie nam stwierdzić, że tak, tak jedynie, gdy zobaczymy, że próba filozofii, zatem filozoficzna próba odkrycia treści nietrywialnych – zawodzi.

„Koniec jest zawsze bliski” – pisze Michał Domagalski. Jego koniec polega na nietwóczym recyklingu tropów kultury.

Domagalski jest świadomym użytkownikiem kultury (nie będę jednak używał wobec niego słowa “twórca” w mocnym znaczeniu), a nawet potrafi ją omawiać, lecz poza jego zasięgiem jest danie tej kulturze czegoś więcej niż tylko materiał przetworzony (lecz czyż ten recykling nie buduje nowych polimerów? Przyjdzie nam odpowiedzieć, że nie w tym przypadku). Przy czym Domagalski skacze z książki na książkę, jego styl jest wierny postmodernistycznej niewierności trzymania się tematu jako linii z wyznaczonym celem, choć u niego porządek i cel zdają się najpierw wytwarzać na zasadzie zestawień, kompilacji, oświetlania się fragmentów lub innego “migotania słów” (cudzych najczęściej, gdyż Domagalskiemu potrzebne są teksty obce, by mógł uprawiać pisarstwo – dziś szlachectwo przyznaje się tym pasożytniczym formom tworząc ich teorie), choćby prowadzenia się pod flagą idei jakieś wersji humanizmu, myśli o Człowieku i Ludzkości, z której to autor czyni reprint (samodzielny, przyznajmy). Należy jednak Domagalskiemu odmówić wszelkiej samodzielności w konstruowaniu światopoglądu (choć światoobraz jest zachęcający), który mógłby zostać uznany za filozofię autorską, a taką intencję u autora (jak zresztą u każdego świadomego człowieka) założyłem na początku.

Widać oczytanie, erudycję, swego rodzaju intelektualizm, sprawne łączenie krótkich fragmentów i czepianie się ich w celu budowania własnej narracji – ale nie widać oryginalności, przejścia we własne tworzenie świata poza substratem przeczytanych książek. Domagalski pozostaje komentatorem, ponieważ nie jest w stanie zdobyć się na syntezę. Czy musi? Oczywiście nie, ale jeśli ktoś z tej książki chce wynieść coś więcej niż jazdę z przepisową prędkością po galerii kultury, to może się zawieść.

Mamy u Domagalskiego całą kulturę, ale to zazwyczaj tylko sprawozdawczość kogoś, kto wprawdzie jest zachwycony i żyje kulturą, ale nie dodaje do niej od siebie czegokolwiek, co należałoby skomentować zwrotnie. Autor jest niezwykle biegły w rekonstrukcjach, do których dołącza własne glosy, lecz z tego naddatku nie buduje się jeszcze żadna własna narracja sensu stricto. Wszystko przebiega poprawnie – jak zgrabny dopisek. Oczywiście jest to uznana metoda twórcza, jest to wartość porządkowania zastanego materiału, ale jeśli autor próbuje zbudować coś, co mógłby przypisać sobie samemu – tu widać ubytki. Język Domagalskiego jest sprawny, dlatego jego książkę czyta się przyjemnie.

Domagalski nieodmiennie jest zatopiony w filozofowaniu na podstawie literatury o rzeczach najważniejszych: Ludzkości, jej przyszłości, Człowieku – można powiedzieć: wykonuje próbę egzystencjalnego lub istotowego uchwycenia substancji, z której sam się składa. Może to przekonywać, tak jak przekonuje biegłość kompilacji fragmentów oraz ich wiązania. Ale to tylko album. Licząc na złożenie tej słabo logicznie powiązanej mozaiki przez czytelnika autor także może się przeliczyć, ponieważ nie wszyscy lubią układać puzzle. Ja w każdym razie nie odnajduję w “Koniec jest zawsze bliski” żadnej treści poznawczej. (Może nie szukam po prostu “kontaktu z książką” lub “przyjemności lektury”?…). Bo jeżeli mój klucz interpretacyjny jest mylny i wcale nie chodzi o uprawianie filozofii na podstawie literatury, to książka Domagalskiego może być dobrą propedeutyką dla młodzieży… Aż tak zgrabnie się czyta…

Domagalskiemu przyświeca najwyraźniej jakaś szczytna koncepcja humanizmu, w każdym razie nie ma u niego mowy o “śmierci człowieka”. On kręci się dokładnie wokół Człowieka (mnie, ciebie, siebie) i stara się popchnąć tę naszą pracę autorefleksji rozpoczętą około 3000 lat temu w starożytnych Atenach do przodu. Czytanie “Końca…” jest jak zanurzanie się w autorskie zapiski na marginesie, z których wydobywa się pewien obraz – jednakże obraz po syjamsku zrośnięty z ciałem, na którym Domagalski (od)twórczo pasożytuje. Nie ma w tym nic złego, każdy twórca uczestniczy w jakiejś tradycji, do której się odwołuje, jaką stara się rozwijać. A tradycja Domagalskiego jest najbardziej szlachetna, bo humanistyczna. Jak Ricoeur stara się on na podstawie znalezionych znaków kultury rekonstruować sens – moje pytanie brzmi tylko: czy sens odnaleziony przez autora można w wielkiej bibliotece położyć na tej samej półce, co sens zaczerpnięty? Nie. Ale i to pozostaje bardzo ludzkie. (Moja recenzja także nie stanowi wysokości przypisów Stratona do Arystotelesa…).

Pokażmy na żywym przykładzie – staram się o jego reprezentatywność – jak Domagalski-pasożyt literacki z wyboru traktuje swoje pożywki:

Ani Wehikuł Czasu, ani Galapagos nie są proroctwami w sensie ścisłym. Z jednej strony są zabawkami intelektualnymi, próbą mówienia nie wprost, budową mitu będącego swoistym zwieńczeniem ciągle żywych mitów antropogenicznych. Z drugiej – krytyką stanu obecnego.

Aby uwyraźnić moje stanowisko wobec książki Domagalskiego, która składa się właśnie z takich fragmentów, osiąga ten właśnie poziom namysłu, zadam po prostu jedno pytanie: Czy państwo widzą w powyższym fragmencie coś więcej niż urywek dobrego wypracowania licealnego? Lub też: Czy dowiadujemy się z niego czegoś, czego byśmy nie wiedzieli po lekturze dwóch wymienianych dzieł? Albo też: Czy całość zawartości interpretacyjnej, znaczeniowej, komunikacyjnej jest w jakikolwiek sposób odkrywcza, nowa, oryginalna? Otóż nie. Dlaczego zatem tracić czas na czytanie książek słabszych, które traktują o książkach wybitnych, skoro można zwyczajnie przejść od razu do wybitnych? Taka jest wartość literacka “Koniec jest zawsze bliski” – w mojej ocenie: dość przeciętna. Rozumiem, że trudno o drugiego Wellsa, bo Wells zdarzył się raz jeden, ale też uważam, że także z Vonneguta można wydobyć znacznie więcej. Domagalski ma więc pułap – osiąga go, ale nie przekracza. Jedynie poprawność. W porządku, wypracowanie zaliczone na 5 plus. Jest promocja, można jechać na olimpiadę regionalną. Ale chyba nic więcej.

Michał Domagalski w „Koniec jest zawsze bliski” obiera punkty odniesienia zorientowane na dzieła klasyczne, których maestrii jednak nie powtarza.

No więc w książce pojawia się mnóstwo ładnie podanych (zacytowanych i omówionych) artefaktów kulturowych, nawiązań – lecz wydaje się, że te prefabrykaty nie zostały użyte właściwie, ponieważ ich użycie nie kończy się osiągnięciem celu, jakim mogłoby być utworzenie własnej filozofii, światopoglądu. Służą jedynie – takie ma się wrażenie – dość maniakalnej potrzebie podtrzymania dyskursu, mówienia, a ta jedynie fatywna funkcja wykorzystania tematów kulturowych objawia się w tym, że – nawet jako dobry i bardzo przyzwoicie opracowany napęd, silnik dla dyskursu – nie wnoszą do dyskursu zdania autorskiego; są wykorzystywane najczęściej jedynie w formie cytatu, a cytaty te zostają zestawione. To trochę za mało jak na ukształtowanie obrazu świata, wysłowienie myśli własnej.

Michał Domagalski w książce „Koniec jest zawsze bliski” w jakiś dziwny sposób nie zmierza do puenty, poprzestaje na pytaniach, na które nie chce (nie potrafi?) odpowiedzieć. Poprawnie korzysta ze skarbnicy kultury, lecz nie wspina się na poziom kontynuatora (mistrza na pewno nie), pozostaje sprytnym “wyjadaczem” kulturowym, któremu konteksty służą przede wszystkim do rozgoszczenia się w nich – lecz musi przecież wiedzieć, że nie jest w swoim domu, gdyż nie zdobywa się na żadne rozstrzygnięcie, tezę, ustalenie. Ta cała jego gra (pop)kulturowym mitem jest tylko wzmaganiem ruchu bez wiedzy o celu. Raczej nie znajdziemy w “Koniec jest zawsze…” nawet zarysu konkluzji, choćby na próbę – to żonglowanie i lot poprzez kulturę naprawdę może się podobać, ponieważ książkę czyta się dobrze, przyjemnie, lecz w końcu ktoś bardziej nawykły do pracy a mniej do zabawy może się rozczarować, jako że Domagalski tak naprawdę nie pozwala się zaznajomić z własną myślą, która mogłaby objawić się w jakimś obwieszczeniu wynikłym z szerokiej bazy kulturowej.

Taka postmodernistyczna gra fragmentami, w której czujemy się dobrze jak wśród “ludzi kultury”, lecz kultura ta nie zdobywa się na żadne ustanowienie. Domagalski kultury raczej nie rozwija, ale jako kustosz sprawdza się dobrze. Jest schludny.

Zacytuję teraz fragment jako próbę wybijania się Domagalskiego na niepodległość przekonań, próbkę jego filozofii, przykład woli wspinania się na płaskowyż dyskursu być może akademickiego, na pewno z intelektualnymi ambicjami, takiego fragmentu, który ukaże jego starania o przemówienie własnym głosem:

Jesteśmy. Więc to, co “jest”, wydaje nam się ważne. Wydaje nam się ważna próba zachowania w pamięci tego, co “było”. Istnienie wydaje nam się istotne, istotniejsze od nieistnienia. Przynajmniej w pierwszej chwili. Potem zdajemy sobie sprawę, jak dużo w naszych głowach miejsca zajmują zmyślenia.

Widzimy więc jasno, jak wiele mętności (logicznych, pojęciowych – a przecież jest to ta sfera, w której Domagalski do nas mówi), trywializmów, nietrafionych wynikań jest w tym wszystkim.

Bo jeśli ktoś chce mówić o Człowieku, jego esencji i egzystencji, to znaczy, że filozofuje – oczywistym jest natomiast, że Domagalski nie przekroczył pewnego pułapu. Ale może też nie musiał być filozofem? Może chciał po prostu napisać i wydać książkę? A przecież jego radość pisania nas również cieszy i sprawia nam przyjemność. Zatem “Koniec jest zawsze bliski” to książka, w której odnajdujemy głębię myśli, ale autorów innych niż Domagalski, a od niego czerpiemy przyjemność lektury, postmodernistycznie (po wchłonięciu znaczących tradycji) zbudowaną na ramionach gigantów, cytatach rozwijanych ciekawie literacko, ale też bez głębszego wglądu. Wydaje się, że u Domagalskiego jest zbyt wiele nieskoordynowanych lektur, którymi się posługuje, ale zbyt mało kleju pojęciowego, logicznego i niedostatek inwencji, aby wytworzyć z cudzych tekstów własne znaczenie.

Michał Domagalski napisał „Koniec jest zawsze bliski” w ciekawej manierze odniesień do innych dzieł, jednak jego książkę można potraktować tylko jako kalejdoskop na jeden raz.

Zaznaczę także, że powyższy cytat z Domagalskiego, który jest reprezentatywny dla jego sposobu myślenia (jest jego “wyżyną”), nie wnosi przecież żadnej wartości poznawczej, jest słaby literacko, poniekąd niezrozumiały jak gadanie kogoś, kto nagle zaznajomił się ze znaczeniem słówka “jest” w Słowniku Języka Polskiego i dał się ponieś tej fali “istnienia”, która znika tak szybko jak się pojawiła, niczym piana wypluta przez bałtycką falę… Niczego się nie uczymy. Podobać się może tylko tworzenie przez Domagalskiego gramatycznych zdań, które jednak nie wnoszą niczego do naszej wiedzy, ponieważ gramatyczność nie oznacza jeszcze sensowności.

Najbardziej u Domagalskiego razi zbytnia frywolność (która jest tańcem w miejscu) skutkująca zwykłym brakiem związków logicznych między zdaniami, więc prawdziwa myśl nie może powstać (a przecież jego zamierzeniem jest mówienie z wysokiego C o Człowieku w Kulturze, więc zamiar nauczycielski, może profetyczny, ale na pewno niespełniony, gdyż autor tak naprawdę nie potrafi stworzyć własnej teorii, mimo iż miło pasożytuje na innych, co powinno mu to umożliwiać. Zatem wina po stronie autora – zbyt płytko).

Język Domagalskiego może zadowalać w aspekcie syntaktyki, ale nie karmi nas żadną wiedzą. Natomiast “Koniec jest zawsze bliski” dobrze niektórym będzie czytać się w tramwajach w drodze do pracy, gdy jesteśmy porannie rozkojarzeni i zadaniem na teraz wydaje się wychwytywanie pseudointelektualnych żargonów, by wiedzieć co masy społeczne w swojej średniej myślą i mieć jakieś argumenty przeciwko rywalom w korpo, którzy chętnie kupią pseudointelektualną papkę jako wiedzę, gdyż sami mało wiedzą.

Domagalski powiela więc retorykę, naśladuje, czasem błyśnie (język mu błyśnie), ale jego wypowiedzi z intencją poznawczą chybiają celu. Taka maszynka – papier nie tylko przyjmuje, ale także uczy mówić, utrzymywać się w dyskursie; cóż z tego, że dyskurs ten bywa sprawdzany? Wynikiem testu jest zaś diagnoza: Domagalski porwał się na temat zbyt wysoki dla siebie. Jednakże z pewnością jest człowiekiem, nawet przez duże C, nawet, jeśli się na mnie skarży redaktorom. W “Koniec jest zawsze bliski” podoba mi się hasłowe, leksykonowe jedynie potraktowanie kultury (pojawiają się nazwiska twórców i nazwy dzieł sztuki), taka gadka imprezowa z pragmatycznego punktu widzenia (czyli do zastosowania) w stylu “lecimy, jest zajebiście, trochę czytaliśmy i jesteśmy lepsi od robotników, mamy tematy, które możemy rozwijać”, lecz nauki z jego książki nie wyciągamy żadnej, autor nie potrafi zaprezentować swojego stanowiska, odtwórczość (zasada cytatu) rządzi jego myśleniem – i w końcu pozostajemy z tekstem kogoś, kogo wprawdzie można przywitać w domu, na salonach, ale który po bliższym sprawdzeniu niewiele ma do powiedzenia oprócz zakomunikowania kilogramów przebytych lektur – które nie doprowadziły go do uczynienia własnej subiektywności obiektywną.

„Koniec jest zawsze bliski” – Michał Domagalski stanowi glosę w dyskusji o kondycji kultury.

W ten sposób traktuję Domagalskiego jako autora niezobowiązującego i chyba poza jego gronem towarzyskim towarzystwa odrobinę poważniejsze będą się zastanawiały z jednej strony nad drzewami powalonymi na papier (w książce nie podano ilości nakładu), z drugiej nad niezłomną wolą Domagalskiego do ekspresji w sytuacji, gdy nie mówi zbyt wiele. Użycie przez niego tropów kultury, tak wylewnie demonstrowanych, mogłoby służyć czemuś większemu niż small talk w pubie na Złotej. Po prostu brak tu sformułowania. Układa się ta książka, bo ma spoiwo językowe, ale to tylko czysty werbalizm. Ja na przykład nie potrafię nawet zakwestionować jednej myśli Domagalskiego, gdyż takowych u autora nie widzę. Ale jeśli ktoś lubi po trzykroć odgrzewane narracje (opowieści jako takie, “migotania słów” Derridy, “celowość bez celu” Kanta) – to coś dla niego. U Domagalskiego jak w klinicznym przypadku widać, że forma bez treści (treść jest skradziona i nieskładna – wybrał (zamierzył się na) Człowieka, ale mogłoby to być coś dowolnego)) jest zwykłą heideggerowską Gerede. Może lepiej poczytać gazetę?

Domagalski jest typowym człowiekiem kultury współczesnych czasów: błyskotliwy i nietwórczy. Lubi wiele mówić (czytać, pisać), ale w gruncie rzeczy niewiele ma do powiedzenia od siebie.

Maciej Skomorowski

5 odpowiedzi na “Michał Domagalski, “Koniec jest zawsze bliski” [recenzja]. Marzenie szeregowego kustosza dyskursu o artyzmie i wiedzy”

  1. Awatar Franz Ka
    Franz Ka

    masz podobnie jak on w swoich wierszach; za dużo gadania, za mało sensu i przekazu

    1. Awatar Maciej Skomorowski

      Dziękuję za ponadprzecięty wgląd, kunszt interpretacyjny oraz głębokie rozumienie humanistyczne. – Poza tym spierdalaj. M.

  2. Awatar Amarela

    “The end is always near” would it be the end of the author of the book himself?

    1. Awatar Maciej Skomorowski

      No, not really, the author is a fairly respected writer in Poland, in my opinion overrated, but Domagalski will probably write something else. M. PS Amarela, you are a master of photography.

    2. Awatar Amarela

      Thank you for enlightening me.✨👍🏻
      I keep reading and discovering philosophy with you. Thank you 😊

Dodaj komentarz