Zdobyłem II miejsce w 26 edycji Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Rafała Wojaczka organizowanego przez Instytut Mikołowski.
Kilka uwag laureata
Zdziwiłem się lekko, gdy pan Maciej Melecki (jeszcze jeden wysoki mistrz, na którego poezji uczyłem się pisać w połowie lat 90, a z którym obecnie utrzymuję znajomość) zadzwonił do mnie z Mikołowa (Instytut Mikołowski) po ogłoszeniu werdyktu Kapituły (znakomity skład: Karol Maliszewski, Sylwia Jaworska, Grzegorz Marcinkowski) i poinformował mnie o drugim miejscu dla mojego zestawu w tym znakomitym konkursie, ponieważ wysyłając moje wiersze byłem przekonany, że wygram.
Ale dobra moja. We wszystkich (niewielu) konkursach ogólnopolskich, w których startowałem, zawsze zdobywałem podium. Dlaczego niewielu? Z początku wmawiałem sobie, że to wygrywanie jest zbyt łatwe, a poezja nie może być łatwa – więc stroniłem od konkursów. To było moje bardzo głupie przekonanie. Bo przecież jeśli naprawdę mam jakąś moc “zgarniania” tych nagród, to właśnie należy do zawodu profesjonalnego poety, aby laury zdobywać. Zatem – podjąłem decyzję – postaram się już w najbliższym czasie ugrać trochę więcej w innych konkursach na szczeblu krajowym, które niosą ten słynny “blask sfery publicznej”, bez którego w życiu jednak czegoś brakuje. Bo jeśli masz coś do powiedzenia, to Twoim obowiązkiem jest dopilnować, aby potencjalnie wszystkie istoty rozumne bez względu na przestrzeń geograficzną i czas historyczny poznały twoje zdanie jako prawo powszechne. Nie ma innego sensu dla śmiertelnych.
Serdecznie gratuluję koleżankom: Krystyna Munnich-Kafel – I miejsce, oraz Anna Roszman – III miejsce.
Jeżeli mali ludzie nieustannie zarzucają mi “wielkie ego” i “narcyzm”, to zawsze odpowiadam, że nie mam powodów do fałszywej skromności i zawsze byłem najlepszy – moje srebro smakuje jak złoto (a zarzucany mi narcyzm jest częścią składową mojej zdrowej postawy człowieka twórczego i nazywa się raczej “miłość własna”).
Do dziś Instytut Mikołowski nie opublikował nagrodzonych wierszy, więc tutaj także przedstawiam wcześniej trzy nagrodzone utwory.
Seneka
„Co do życia – każdy musi stosować się do innych;
co do śmierci – wyłącznie do siebie„, O krótkości życia
Wietrznie jest w hallu. – Światło
pomarańczowego zmierzchu dotyczy nas
zza okien za białymi firanami i najbardziej
ekspresywnym językiem jest teraz znak milczenia,
gdy wobec siebie i naprzeciw stoimy tak gotowi
do wyjścia w podzielanym i niepodzielnym akcie
oglądania naszych oczu (obopólnie bez odpowiedzi
i wyzwania) i twarzy zakrzywionych kącikami ust
w delikatnych półuśmiechach – ta chwila
ginie, kiedy pogodnie mówisz cicho: Drzwi
są zawsze otwarte… I wtedy czynię krok
w twoją stronę i mój język z twoich rzęs
jak motyl zlizuje czarny pył. – Wychodzimy,
gdyż jawne jest już nasze spóźnienie. Zmierzch
trwa – odtąd dotyczy nas osobiście. Zamykamy
drzwi, zabezpieczamy klucz. Myślimy, że zawsze
zdołamy wrócić lub zapomnieć. W drodze
na miejsce towarzyszy nam powaga starożytnych.
Dzieci na sankach w Parku Górczewska
To zawsze musi być teraz, aby czas
wraz zwarł się w jedną wiązkę pamięci
padającą na stół, na twarz – w oczy
wpadłe wspomnienie sprzed liczonej
czasem kosmicznym godziny: idę, spaceruję
pod wzniesieniem w epicentrum osiedla
usypanym niegdyś z ziemi wydobytej
pod fundamenty tegoż molochu – w zimie
w parku w ostatni weekend zjeżdżały
tu dzieciaki na sankach, szybko i do końca,
do podnóża – gdzie teraz stoję, myślę
o córeczce, której nigdy nie miałem.
Być może właśnie ten mały stok zaludniam
oto niezdrową władzą wyobraźni znów
dzieciakami, patrzę tak, palę, niebo
nad tym wzniesieniem wyłapuje poświatę
świateł Bemowa, jest nazbyt ciemno i ciepło
jak na zimy znane z dzieciństwa, zatem
dzieci tylko wyobrażone, magiczne dzieci
w tym mokrym śniegu pod wzgórzem
przypominają sanki, ich radość, myślę.
Weredyczne wyobrażenie kochanki
Obojętność śmierci, letni marzec, różany smak
powietrza po deszczu wieczorem, zawadiackie spojrzenie
kochanki w latentnym i ostrym wyobrażeniu trwa, gdy piszę
ten wiersz, i wieczór cichy tak, przestronny, pełen oddechu,
rześki i spokojny jak chłodne opony samochodów przy ratuszu
za oknem cicho i aksamitnie sunące po jezdni tam, gdzie chcę
wybrać się jeszcze dziś przed snem. – Snem jest nic, prosta wola,
czyli tak lub nie, niczego chropowatego zarówno nie ma
w sobie to gładkie sukno, skądinąd wiem, że się uśmiecham,
kąciki pełniejszych od surowych i spokojnych pocałunków
kochanki ust są jasne w tym wyobrażeniu, permanentnym
i wyraźnym, i choć nikogo tu nie ma – ta kataleptyczność łączy
moje rześkie ciało, wypoczęte i chłodne, nawet przez literę,
ze wszystkimi innymi ciałami, które umrą, co jest obojętne podobnie.
Na koniec wisienka na torcie. Znakomita przyjaciółka Beata Dzieniakowska przeczytała niegdyś ostatni z tych wierszy – wklejam tu film z mojego kanału YouTube z kongenialną interpretacją Beaty i moim prostym montażem.


Zostaw odpowiedź